Nie można budować polityki na fałszowaniu albo przemilczaniu historii - tak prezydent Stalowej Woli Andrzej Szlęzak odniósł się do nacisków na zaniechanie rekonstrukcji tragicznych wydarzeń na Wołyniu z 1943 roku.
Pomysłowi rekonstrukcji przyklasnęli Kresowiacy i historycy związani z tym środowiskiem. A z drugiej strony można było usłyszeć takie głosy jak prof. Andrzeja Paczkowskiego, który nie wyobraża sobie rekonstrukcji rzezi i nie widzi jej sensu. - To miałoby taki sam sens jak rekonstrukcja palenia ludzi w piecach krematoryjnych lub palenie stodoły w Jedwabnem. Gdy w Warszawie odbywa się rekonstrukcja powstania warszawskiego, nie odtwarza się mordujących i gwałcących własowców. Nie epatujmy makabrą. To, co zostanie pokazane w rekonstrukcji wydarzeń wołyńskich, będzie kwestią dobrego smaku organizatorów - tłumaczył.
Dwa lata temu, w przeddzień 68. rocznicy "krwawej niedzieli" nacjonalistyczna partia Swoboda wezwała do niszczenia na Ukrainie tablic upamiętniających polskie ofiary UPA. Deputowany do Rady Obwodu Wołyńskiego z ramienia tej partii Oleś Byk zaapelował do władz wykonawczych Wołynia i Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, aby zakończyły działalność tych polskich organizacji, które na terenie Wołynia próbują upamiętnić polskie ofiary mordów. Radny Byk przekonywał, że stawianie tablic i pomników odbywa się poza kontrolą władz centralnych i regionalnych. Jest to nieprawda, ponieważ takie uroczystości są organizowane z udziałem polskich i ukraińskich władz. Oleś Byk zarzucał też Polakom, że tablice są instalowane bez uwzględnienia ukraińskiego punktu widzenia na wydarzenia z lat 1943-1944. Radny z tego powodu domagał się usunięcia tablic zwłaszcza z rejonów: włodzimierskiego, lubomelskiego, kostopolskiego i horochowskiego, gdzie doszło do największych zbrodni właśnie 11 lipca 1943 roku. Byk domagał się też od ukraińskich resortów siłowych, aby wzmocniły kontrolę Polaków przybywających na Ukrainie w celu uczczenia ofiar Wołynia.
